Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Po co wyłazić z grajdołka, kiedy tam tak fajnie? Kto świadomie zmienia wygodę na niewygodę, ten musi być deczko szurnięty. Jak wiemy, jest to domena młodości. Byłem w krakowskim lokalu na wernisażu dwóch młodych studentów, którzy postanowili dać dobry przykład na udowodnienie takich skłonności.

No bo czy posiadacz w miarę zdrowych zmysłów, dobrowolnie i na własny koszt, jeździ przez parę tygodni rowerem po górskich wertepach Indii i Pakistanu?…
Zanim przejdę do morału, kilka uwag dla organizatorów wernisażu.
 
Nietrudno było wydedukować, że frekwencja przerosła ich oczekiwania: salka pękała w szwach, z ramek zdjęć spływał pot, a energia ze ściskających się ciał. Nikt jednak nie wpadł na pomysł, by poprosić o nie palenie papierosów. Niedobrze robiło się nawet najstarszym palaczom. Ten, kto ratował się ucieczką na zewnątrz, nie był już potem w stanie pokonać oporu przed powrotem, myśl o tym powodowała  zbyt wielkie cierpienie. Umiejscowienie w czasie – niedziela, godzina 20 – mogłoby tłumaczyć skąd to zaskoczenie ilością przybyłych osób – pewnie nie spodziewano się, że o tej porze przyjdzie ktokolwiek. Bardzo ciekawie zapowiadająca się relacja filmowa, po około 30 sekundach padła, a nagłośnienie jeszcze prędzej, czyli od razu. Sprawcy tego zgromadzenia musieli więc przekrzykiwać rozgaworzony tłumek. Wszystkie wrażenia były bardzo kompatybilne z trudnościami samej rowerowej wyprawy i pogłębiały jej współodczuwanie. Jeśli był to efekt zamierzony, to na tym polu odniesiono prawdziwy sukces.

Moją eskapadę do Krakowa też uznaję za udaną. Wytrzymałem w ekstremalnych warunkach kilkanaście całych minut. Nagrodą wszelkich niedogodności było wystąpienie autorów: młodych ludzi z szalonymi pomysłami i niezepsutą wyobraźnią. Trochę speszeni, nie przywykli do wystąpień, byli szczęśliwi, spełnieni, upiększeni bogactwem przeżyć, wdzięczni rodzinom za zaufanie. Padły proste i ważne słowa o dystansie jaki nabrali do „swojego świata”, o przewartościowaniu problemów, o niepotrzebnym przejmowaniu się i narzekaniu…

Przypomniał mi się obiad na wczasach w przypadkowym towarzystwie małżeństwa malkontentów. Jak to źle wysmażone, jakie nie dobre, w domu by czegoś takiego nigdy nie zjedli, jak można coś takiego podawać gościom, fukali tak dalej i dalej, bez końca. Patrząc, jak ich porcje szybko znikają razem z dokładkami, jak uszy im się trzęsą od przeżuwania, nie mogliśmy z żoną nadziwić się skąd tyle nieustannej krytyki i żółci…

Jest w naszym narzekactwie jakiś nawyk, a może jest to sztuka dla sztuki?: – Co tam u ciebie słychać? – E, ciężko jest! Do bani. Dramat – po prostu żyć się nie chce! Już drugi raz w przeciągu paru miesięcy muszę zmienić auto, bo albo coś dziwnego działo się z refleksami na karoserii w pochmurny wieczór, albo teraz wyczuwam wyraźnie jakieś mikrodrgania przy przekraczaniu 250 na godzinę. Tyle kasy, a tu taki szmelc…
Tworzymy Towarzystwa Przyjaciół Narzekania:  – To, to nic! A wiesz ty, co mnie spotkało? Horror! Wczoraj na przyjęciu miałam na sobie tą błękitną szanelkę, w której już raz byłam w tym samym towarzystwie! – I co, połapał się ktoś? – Nie wiem, ale słuchaj, jaki stres… i do tego te ciasne buty!…

Zauważyłem też popularny, bezwarunkowy, odruch przeciągłego, bolesnego jęknięcia podczas siadania. Spytałem kiedyś, w takim momencie znajomą, co się stało. – A nic, nic… to tak tylko…

Ciekawe, że często właściwie wystarczy samo narzekanie. Głośno wypowiedziane oczyszcza i uszlachetnia, dodaje rysu cierpienia, człowieczeństwa, życia pełnią życia, może przy okazji też zbawia świat? A ktoś, kto nie narzeka jest od razu podejrzewany o nienormalność. Jak tych dwóch lekko szurniętych. „Na pewno nie byli u tubylców”. – powie ktoś, jak 5-letni Kamil w rozmowie z Kasią Stoparczyk – „Jakby byli, to by wrócili zjedzeni!”.