Dopadł mnie chwilowy kryzys. Nie jakiś tam emocjonalny, twórczy czy fizyczny, bo te przeczołgują się po mnie co jakiś czas niesubtelnie i nie robię już nawet z tego afery, a co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Dopadł mnie kryzys finansowy. Nie dotrzymałem po prostu założonego planu budżetowego w tym miesiącu, mniejsza o powody, w każdym razie, jak powiedział ktoś mądry: „czym możemy rozśmieszyć Boga? Tym, że mamy plany”, więc…

No a jeść trzeba, w żołądku ssie, organizm słabnie, a język, rozpuszczony ostatnio argentyńskim sosem chimichurri też domaga się kolejnych smakowych doznań. Mieszkałem kiedyś, jeszcze za studenckich czasów, z sublokatorem-studentem, który w kryzysie miał zwyczaj żyć na chlebie ze smalcem do następnego miesięcznego rodzicielskiego zasilenia (czyli zwykle przez pół miesiąca, gdyż kasę na miesiąc rozwalił zawsze w pół). Nie no, coś tam jeszcze jadł do tego oczywiście, ale tak naprawdę smalec był podstawą jego energii – jest baaardzo kaloryczny. Czasem dołączałem się do tej jego diety, bo akurat dobry smalec ze skwarkami luubię. Teraz jednak aż tak tłusto jeść nie chcę, przemiana materii już nie taka jak w studenckich czasach…

No więc co na dziś? Co na kryzys w przypadku „młodzieży dojrzalszej”? Jak to co? Wątróbka drobiowa!

Tak, wątróbkę drobiową wymyślono po to, aby zaprzeczyć tezie, iż wszystko co dobre i wartościowe musi być drogie, a wszystko co tanie to podejrzany badziew. Dlaczego w ogóle wątróbka drobiowa jest tak śmiesznie tania (nawet poniżej 5 złotych za kilogram)? W sumie nie wiem, ale podejrzewam, że mogłaby ulec szybkiemu zepsuciu, dlatego niska cena ma sprawić, że szybko się rozejdzie. Jest ona natomiast niezwykłym rezerwuarem wszelkiego dobra, szczególnie żelaza, cynku, witaminy A i tych z grupy B. Z tego też powodu nie można jej jeść zbyt często, bo np. nadmiar witaminy A jest dla organizmu toksyczny. No i jest pyyyyszna!

Ja jednak dawno już jej nie jadłem, poleciałem więc do sklepu z nadzieją, że jeszcze ją dostanę. Jest! Wziąłem sobie singielską, półkilogramową porcję, za którą zapłaciłem… 2,45 zł! Do tego niezawodne ziemniaki (jestem ich wyznawcą od jakiegoś czasu, jako mogłem ich unikać latami) i brokuła z promocji. Nota bene, z diety niełączenia nic sobie na razie nie robię, chociaż oczywiście słyszałem o niej, może się nią bliżej zainteresuję.

Chociaż lubię smażoną wątróbkę, to przyrządziłem ją jednak na lekko, konsekwentnie unikając tłuszczu, a więc po prostu udusiłem ja na patelni pod przykryciem – tak też można, i też jest bardzo smaczna.

Przepis:

Na małą patelnię wlewam pół szklanki wody, można dodać kostkę rosołową (ja unikam chemii). Wątróbkę myję, wrzucam na patelnię i duszę ok. 15 minut pod przykryciem, w międzyczasie kroję trochę cebuli i dodaję do wątróbki, potem doprawiam solą i pieprzem, gotuję aż nadmiar wody odparuje.

Voilà! Zawsze jedząc wątróbkę czuję się jak Hannibal Lecter, no tak mam, dlatego puszczam sobie jeszcze Vivaldiego i wyciągam z głębi szuflady ozdobne sztućce, takie na specjalne okazje. Do tego wspomniane ziemniaczki (puree) i brokuła. Kładę na talerz może zbyt dużą porcję, ale sorry, kryzys, ja muszę się po prostu porządnie najeść.

Produkty na cały ten pyszny, kaloryczny i pożywny obiad kosztowały mnie około 4,5 zł! Polecam!