Autorem wpisu jest: Brzuchomówca

W czasach słusznie minionych, kiedy naszym nieudanym państwem dowodził ponury generał w okularach przeciwsłonecznych, ikoną kulinarnej wykwintności była polędwica wołowa. Wytwarzano z niej tatar i boef strogonoff – potrawy o dobrze brzmiących nazwach, zważywszy, że istniała wówczas Tatarska Republika ZSRR, a Strogonow śmiało mógł być udanym pseudonimem rezydenta KGB w Białymstoku.

Polędwicę smażono też jako befsztyk po angielsku, ale to przemilczmy, bo nie konweniuje. A zatem najbardziej niedostępny socjalistyczny kawałek mięsa (socjalizm generalnie rozleciał się z powodu niedoborów mięsa) – był marzeniem milionów. Bezpośredni kontakt z polędwicą mieli wyłącznie partyjni dostojnicy od sekretarza komitetu wojewódzkiego wzwyż, partyjni kierownicy masarni, partyjni szefowie restauracji "Orbisu" oraz bezpartyjne bydło parzystokopytne używające polędwicy jako anatomicznej części ciała.

Szczęśliwie to już jest passe i teraz mamy polędwicy pod dostatkiem, chociaż jej podaż jest ciągle zdeterminowana tajemniczymi kompleksami. Po pierwsze: polędwicę w Polsce podrabia się identycznie jak rolexy w Chinach. W sklepach powszechnie dostępna jest ligawa wołowa, nazywana "polędwicą jasną" i mająca tyle wspólnego z właściwym fragmentem wołowiny, co duży palec u nogi z małym palcem u ręki. Po drugie: magia nazwy sprawiła, że mamy już polędwicę z kurczaka i z łososia, z indyka i z tuńczyka, a wnet pojawi się z przepiórki i ze szprotki. Bo polędwica brzmi dumnie. Smakuje też dumnie, ale tylko pod warunkiem, że umie się ją przyrządzać.
Restauracja "Chopin" w Katowicach umie.

Tutejsza polędwica z prawdziwkami, o mazowieckiej nazwie "Filetto di Manzo" jest rozkoszą dla podniebienia i rozpływa się w ustach, czego nie da się powiedzieć o ogólnopolskich befsztykach-podeszwach, będących niemożliwym do pogryzienia dowodem na to, że wół brał sterydy i zapamiętale uczęszczał na fitness. Polędwica w "Chopinie" jest wyśmienita i absolutnie nieistotne jest, że wytworna restauracja, która ją serwuje, używa papierowych serwetek do krochmalonych obrusów, a kelnerzy w muszkach podają pieprz w tych samych szklanych młynkach, w których kupuje się go w Makro Cash and Carry w cenie dwunastu złotych za tuzin.

Ale najedzony Brzuchomówca wszystko to wybacza, a kiedy opuszcza "Chopina" wytaczany na zewnątrz przez niezawodną żonę, która lubi poskubać tu takiego zielonego makaronu – ma dziwne myśli. Brzuchomówca przypomina sobie wtedy popularny utwór zagranicznego piosenkarza Gazebo, który wyznawał: "Aj lajk Szopę". I w tej oto chwili cudownej sytości, kiedy smak polędwicy z borowikami trwa jeszcze na kubkach smakowych – niczym ostatni akord nokturnu na milknących strunach fortepianu – Brzuchomówca sądzi, że  piosenkarzowi Gazebo nie chodziło o muzycznego Szopena z Żelazowej Woli, ale gastronomicznego "Chopina" z Katowic. Bo po naprawdę dobrym jedzeniu człowiek ma prawo myśleć sobie co chce.

Restauracja "Chopin", Katowice, ul. Kościuszki 169.