Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Jeden z najznakomitszych pisarzy naszego pokolenia, niejaki Robert Nye, w swoim słynnym „Fauście" dowodził, że Lucyfer uśmiecha się tylko wtedy, kiedy tak naprawdę jest bardzo smutny.

Ilekroć przypominam sobie tę powieść, widzę pewnego aktora, który potrafi się uśmiechać tak doskonale, że widzowie są głęboko przekonani co do jego smutku. Bo przecież smutny był diabeł, kiedy musiał się uśmiechnąć widząc, że przegrał całą stawkę z nowojorskim adwokaciną. Keanu Rives nie dał się bowiem w tej roli diabłu, czyli samemu Alowi Pacino.

Alfredo James Pacino urodził się 67 lat temu (1940) w Bronksie, w rodzinie włoskich emigrantów z Sycylii. Jeśli ktoś miałby wątpliwości czy w poprzednim zdaniu zawarłem wystarczającą sugestię – dopowiadam: jego przodkowie przyjechali z Corleone… Na Sycylii oczywiście. I teraz nie da się już napisać niczego innego – Al zagrał rolę życia w „Ojcu Chrzestnym", odtwarzając postać Michaela Corleone – najmłodszego z synów Don Vita Corleone. Cappo di Tutti Cappi – znaczy szef wszystkich szefów. Czy Al Pacino jest „cappo di tutti cappi" wszystkich aktorów? Nie wiadomo… Ale jedno jest pewne: Robert de Niro mu tego zazdrości. Zresztą nie tylko tego. W walce o rolę Michaela w „Ojcu Chrzestnym" Al nie tylko pokonał Roberta de Niro, ale też Roberta Redforda i Warrena Beaty! Pacino zagrał znakomicie i mimo nominacji do Oscara za tę rolę, statuatkę odebrał dopiero w dwadzieścia lat później za „Zapach kobiety". Zresztą dopiero z tego filmu dowiadujemy się jakie słowo oprócz „Ferrari" jest najwaźniejsze w życiu mężczyzny.

Właściwie do dzisiaj nie wiadomo czy powinniśmy go bardziej cenić z role, które przyjął (moja ulubiona to ta w „Strachu na wróble"), czy też za te, ktorych odmówił. A nazbierałoby się niezłe porfolio – nie chciał zagrać Hana Solo w „Gwiezdnych Wojnach", kpt Willarda w „Czasie Apokalipsy" i Edwarda Lewisa w „Pretty Woman".

Nie wiadomo czy mógł nauczyć się aktorstwa, usiłując się komunikować z dwoma głochymi ciotkam i z którymi spędzał dzieciństwo. Życie zawsze przeplatało mu się z rolami: kiedy zagrał alkocholika w „The Lost Weekend" miał już za sobą okres wielkiej miłości do wódki. Potem zerwał ten związek – z pożytkiem dla swojej kariery. Zorientował się, że jest sławny, kiedy pewnego razu przystanął na rogu ulicy tuż obok super atrakcyjnej rudowłosej dziewczyny. Już chciał do niej zagadnąć, kiedy powiedziała z uśmiechem: „Hello Michael!". No niestety, Michaelem był tylko w filmie – wrócił do domu, zrobił sobie herbatę i zamarzył, jak ten wieczór mógłby się skończyć, gdyby miał w sobie więcej śmiałości i uwiódł tę dziewczynę…

I tu właściwie mogłaby się skończyć ta historia, gdyby nie istotny (z widelcowego punktu widzenia) wkład Ala Pacino w… branżę restauracyjną. Otóż lokale jego imienia można znaleźć w australijskim Sydney (Al Pacino's Restaurant), amerykańskim Baltimore (Al Pacino Café), niemieckim Monachium (Al Pacino Italienisch Restaurant, kanadyjskiej Ottawie (Al Pacino Restaurant) i wielu, wielu innych miejscach. Oczywiście nasz bohater starannie w wywiadach ukrywa ten aspekt swojej działalności. Jeśli wiecie coś więcej o kulinarnej pasji tego znakomitego aktora… dopisujcie!