strona główna > Recenzje > Jarosław Gibas ocenia > Francja na talerzu
autor: Jarosław Gibas
data publikacji: 2007-10-23
data aktualizacji: 2008-06-07
Zobacz także...
Korespondencja własna z Francji
Wyobraźmy sobie dość elegancką restaurację, w której spożywamy przystawkę na pięknie zastawionym stole. Kończymy jeść, odkładamy grzecznie sztućce na talerzyk i oczekujemy, że kelnerka przyniesie nam nowy talerz i nowy zestaw sztućców - w końcu teraz nadszedł czas na danie właściwe.
Podchodzi kelnerka, bierze w dłonie nasz brudny talerz po przystawce, drugą ręką chwyta za nasze zużyte sztućce i z kamienną miną kładzie je na tym eleganckim stole przed nami. Talerz i owszem dostaniemy nowy, ale sztućce muszą nam wystarczyć do każdego dania w tym lokalu. Niefajnie, prawda? Od razu myślimy, że jeśli autor tego wstępu nie ściemnił, to raczej opisuje sytuację z Kazachstanu lub innej odległej krainy. Nic bardziej mylnego: rzecz miała miejsce we Francji w każdym niemal lokalu, który udało mi się odwiedzić przy okazji zwiedzania winnic Bordeaux. Raz nawet na bezczelnego talerz z brudnymi sztućcami sam podałem kelnerce, żeby sprawdzić, czy zrozumie ten niewinny gest oznaczający potrzebę zmiany sztućców. Niestety - talerz wzięła, a sztućce bez pardonu odłożyła na stół. I nawet nie było wstydu poznać!
A my tu się rozczulamy: oto wielkość francuskiej kuchni przyobleczonej we wszystko wiedzący przewodnik Michelin i łysego małego Luisa de Funesa, który potrafił ocenić rocznik wina, bez jego próbowania. Narzekamy na polskich restauratorów i szukamy uchybień gdzie popadnie. Tam, tym czasem, są sztywne reguły - o pierwszej po południu kawy nie uświadczysz, bo jest to pora lunchu. A zatem kawa i owszem, ale po jedzeniu. Kiedy zaś kończy się pora obiadu, to kawę i owszem można dostać, ale o coś do żarcia jest znacznie trudniej. Na nic daje salwowanie się ucieczką do MacDonaldsa - bo po pierwsze trudno je rozpoznać (widziałem nawet takiego, który był cały w żółte paski), a po drugie bywają zamknięte z niewiadomych przyczyn.
Zostaje zatem zdanie się na menu dnia. Składa się ono z przystawki (tu kilka do wyboru - zazwyczaj królują tu przeróżne odmiany sałatek, nierzadko z tuńczykiem), z dania głównego (dziwnym trafem najczęściej w owych propozycjach królowała kaczka - jakoś tak na wybory, co nie?) i deseru, który jest albo słodki, albo nazywa się „fromage", co oznacza, że dostaniemy trzy kawałki sera. Jest oczywiście wino i woda mineralna, na którą trzeba wyjątkowo uważać. Otóż Francuzi są sprytni, że hej i nie ma na nich sposobu - kiedy się zamówi „l'eau plat" to przynoszą kranówę przelaną do butelek po winie luyb szampanie. Kiedy zaś próbuje się zaszpanować swoim znikomym francuskim i z trudem wymówi trudną zbitkę „ une eau gazeuse" otrzymujemy wodę gazowaną, która potrafi być równie droga, co butelka wina. Taka przyjemność spotkała mnie w naprawdę miłej restauracji Le Savoie w Margaux! Butelka gazowanej wody kosztowała 8 euro, a butelka wina 9,5 euro. A jednak jest różnica, o czym wiedzieli już biesiadnicy biblijnego wesela w Kanie Galilejskiej.
Zaś różnic w naszej kulturze żywieniowej jest znacznie więcej - zaczynają się na śniadaniu, a na kolacji kończą. U nas zupa, jest ważnym składnikiem obiadu, a długotrwały jej brak powoduje znaczny stres dla polskiego podniebienia. Tam zaś, odwiedziwszy jakieś dziesięć knajp zupy nie uświadczyłem nigdzie! Co za kraj? Podobno zupę jedzą ewentualnie do kolacji, a i to nieczęsto. Najtrudniej jest się jednak przyzwyczaić do malutkich śniadań i olbrzymich zapychających kolacji, czyli do czegoś absolutnie odwrotnego, niż wpaja się nam przez całe życie. Słynne powiedzenie mówi, że śniadanie możemy zjeść sami, obiadem się podzielić, a kolację oddać w całości. Teraz już wiem, że wymyślili je Francuzi, bo i owszem chodzi o to, żeby kolację oddać, ale właśnie im, bowiem jest im jej zawsze mało.
I teraz wyobraźmy sobie dzień rozpoczęty od kawy, szklanki pomarańczowego soku i croissanta, który dla urozmaicenia możemy zanurzyć w kawie lub posmarować dżemem. I już. A do obiadu długa droga...
W końcu, kiedy się wreszcie tego obiadu doczekamy, to musimy się zmierzyć z opisywanym wcześniej menu i dopiero na koniec dnia możemy popuścić pasa, ale też pod kontrolą polecanego na dany dzień przez szefa kuchni menu.
W sumie jednak trudno narzekać, bo kuchnia - nawet ta przymusowa z menu jest naprawdę znakomita. W restauracji TGV Gascon, znajdującej się dokładnie na przeciwko dworca w Bordeaux, szefem kuchni okazał się Rosjanin, który nie dość że przygotował znakomitą jagnięcinę, to jeszcze wyszedł z kuchni i ze słowiańską troską zapytał: „nu szto, pokuszali?". Ano pokuszali! Czterogodzinna podróż TGV była tak męcząca, że smakowało nam tak, że prawie sobie ręce zjedliśmy.
Bo jak już się człowiek przyzwyczai do Francuzów, z rezygnacją uzna, że trzeba się do ich inności dostosować. I prawdę mówiąc nie ma lepszego kraju dla rozkoszy podniebienia. Trzeba oczywiście wiedzieć gdzie i co zjeść... a to już wiedza zarezerwowana dla nielicznych. Na szczęście w gronie wtajemniczonych znalazł się nasz kierowca, czyli monsieur Robert, który koniecznie chciał się przed nami Francją pochwalić i trzeba powiedzieć, że cel swój osiągnął bardzo dobrze.
Tak więc znalazłem się nad zatoką w Arcachon, gdzie miejscowi rybacy specjalizują się w połowie i hodowli ostryg. Wprawdzie raz już próbowałem tego specjału na Dniach Kuchni Francuskiej w Promnicach, ale te świeżo wyciągane z wody, rozłupywane nożem na własnych oczach, oddzielane nożykiem od skorupki i skrapiane sokiem z cytryny są naprawdę rewelacyjne. Był taki moment, w którym zastanawiałem się, czy nie rzucić wszystkim i nie zamieszkać nad tą zatoką - ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że zanim bym cokolwiek zarobił na ostrygach pewnikiem najpierw bym je wszystkie zjadł.
Monsieur Robert odznaczył się też wielką odwagą, gdyż dzięki niemu zobaczyłem miejsce, w którym stołują się kierowcy tirów. Ci to wiedzą gdzie dobrze zjeść i to pod każdą szerokością geograficzną. Ten lokal nazywał się Les Cardinaux i znajdował na przedmieściach Bordeaux. Płaciło się w nim 12.30 Euro za wstęp i żarło i piło absolutnie do woli. W środku harmider przypominał stadion 10-lecia, ilość kierowców też, za to jedzenie było najprzedniejsze. Kiedy zaliczyłem dwa pełne talerze przystawek złożonych z niezliczonej ilości małż, krabów, plastrów polędwicy, sałatek, grzybów, szynki, pieczonych ziemniaków w sosie czosnkowym i Bóg wie czego jeszcze, przyszła kolej na danie główne zamawiane u kelnerki. Decyzja nie była łatwa, ale z drugiej strony tak rzadko ma się okazję spróbować kangura... Był naprawdę znakomity i jak powiedział nasz redakcyjny kolega Marian: „ten kangur już nam nie podskoczy".
Wymiękłem przy deserze nie mogąc już w siebie zmieścić nic poza beczkowym winem, które samemu nalewało się do dużych, szklanych dzbanków w dowolnych ilościach. No, wiadomo, wino zmieścić zawsze daję radę! Zjedzony tego dnia suty obiad w restauracji La Bouee w Arcachon, mimo znakomicie przyrządzonej ryby, wydawał się marną namiastką tego obrzydliwego obżarstwa z kolegami tirowcami. Od dzisiaj, jak się gdzieś zobaczy stojące tiry - to znak, że dobrze i tanio tam dają jeść. Możecie mi zaufać.
Oprócz tych ochów i achów nie obyło się bez wpadek - pierwsza miała miejsce w restauracji na dworcu Montparnasse w Paryżu, gdzie pod stolikami spacerowały gołębie, a wino miało smak wody wyżętej ze starej szmaty. No pewnie, że nie wiem jak takie coś smakuje, ale mam wrażenie, że tak samo. Druga wpadka miała miejsce w malutkiej restauracji w Castelnau, gdzie... Ale dajmy już temu spokój. Francja jest wielka, tylko trzeba wiedzieć gdzie pójść na obiad. Francuzi są fantastyczni i warto z nimi trzymać sztamę, chociażby dla tej wspaniałej wiedzy.
Wyjazd do Bordeaux odbył się 14-18 października 2007 roku.
Więcej o wyjeździe do Bordeaux, galeria zdjęć i film z wycieczki znajdziesz tutaj
Foto: Dorota Mrówka, Jarosław Gibas
Galeria: 1 i 2 - restauracja La Bouee, 3 i 4 - Restaurant Le Savoie, 5 i 6 - Les Cardinaux, 7 i 8 restauracja TGV Gascon,9 i 10 - Le Baron Gourmand, ostrygi z hodowli pod Arcachon, hodowla ostryg La Route de Lhuitre niedaleko Arcachon
Na górze pokaż: najstarszy | najnowszy
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
01.
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
Twórcy serwisu zastrzegają sobie prawa do usunięcia wpisów:
- niezgodnych z przepisami prawa, dobrymi obyczajami lub naruszających dobra osobiste osób trzecich;
- niezgodnych z tematyką wortalu;
- nie związanych z komentowaną treścią;
- obraźliwych dla redakcji wortalu oraz pod adresem konkretnej restauracji, jej właściciela i pracowników, a także innych
członków społeczności wortalu;
- spamu, linków do innych stron internetowych w tym również konkurencyjnych, jak również jakichkolwiek innych treści w
każdej formie, nie związanych z tematyką wortalu;
- zawierających wulgaryzmy.
Wszelkie komentarze i opinie użytkowników wortalu zamieszczone na stronie wortalu www.nawidlecu.pl
stanowią własność ich autorów i właściciel wortalu www.nawidlecu.pl nie ponosi odpowiedzialności za te komentarze i opnie,
a także nie może być z nimi utożsamiany. W związku z powyższym wszelkie roszczenia związane z zamieszczonymi komentarzami
lub opiniami mogą być kierowane wyłącznie i bezpośrednio do użytkownika wortalu, który zamieścił dany komentarz lub opinię.

Alkohole
Czytelnicy piszą
Dla ciekawych świata
Dookoła stołu
Działo się
Felietony
In vino veritas
Książka kucharska
Recenzje
Rozmowy przy stole
To ci historia!
Vademecum smakosza
W kuchni i na stole
Warto wiedzieć


Grill Bar, hotel, restauracja. Kuchnia góralska.Zajazd przy trasie Warszawa - Katowice, na 112-tym kilometrze od Warszawy.Bar, drewniane..
nasi partnerzy:
copyright © 2004 - 2010 nawidelcu.pl.
wszystkie prawa zastrzeżone. all rights reserved.
portale internetowe | cms | pozycjonowanie
projekt i wykonanie portalu: cyberstudio