Dziecko w knajpie

Dziecko w knajpie, to tragedia. Tragedia w trzech, równoległych aktach. Pierwszy – biedni rodzice. Drugi – biedni inni goście. Trzeci – biedne samo dziecko. Do tego, we wszystkich aktach, należy umiejscowić jeszcze biedną obsługę lokalu. A coś pozytywnego, jakieś dobre strony zaistniałej sytuacji?…

Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Dziecko w knajpie, to tragedia. Tragedia w trzech, równoległych aktach. Pierwszy – biedni rodzice. Drugi – biedni inni goście. Trzeci – biedne samo dziecko. Do tego, we wszystkich aktach, należy umiejscowić jeszcze biedną obsługę lokalu. A coś pozytywnego, jakieś dobre strony zaistniałej sytuacji? Jak wiemy, tragedia rządzi się swoimi prawami…

Pisząc dziecko, nie mam na myśli 49-letniego faceta, który zaprosił rodziców do restauracji, by poprosić ich o żyrowanie pożyczki. Pisząc dziecko, mam na myśli człowieka, który dopiero co nauczył się samodzielnie przemieszczać, lub ma, co najwyżej, jakieś 6 lat. Wyjątkiem, który nie jest istotny dla potrzeb niniejszego felietonu, są dzieci ubezwłasnowolnione, zastraszone, czy też z jakichś innych powodów siedzące cicho i bez ruchu.

Czytając „dziecko”, proszę więc mieć przed oczami zwykłego, standartowego, małego terrorystę z robakami w siedzeniu, do rączek którego przyklejają się nieustannie przedmioty, których – na litość boską! – brać nie powinien. Dziecko z nadaktywnością wzrokową (patrz: zez rozbieżny). Dziecko, które jeśli nic nie mówi, to znaczy, że musi wziąć właśnie oddech, a jeśli wrzeszczy jakby przypalane było ciekłym metalem, to znaczy, że właśnie coś mówi. Dziecko, które po około 3 minutach od przybycia było już w każdym kącie szerszym od swojej głowy oraz na wszystkim, na co dało się wdrapać. Sprawdziło zawartość talerzy jedzących, wytarło wszystkie kurze i osobiście skosztowało większości resztek jedzenia z podłogi oraz pyska przepasionego jamnika siedzącego pięć stolików dalej.

Średnio raz na 32 sekundy dziecko jest bardzo nieszczęśliwe i rozpacza pytając rodziców – „długo jeszcze?!!!?” Fakt, że wreszcie jest obiadek, niczego nie załatwia, a wręcz przeciwnie. Dostaje w swoje łapki broń i narzędzia do jej rozprzestrzeniania. A najgorzej jest wtedy, kiedy nie trafia w upatrzony cel. Chociaż gdy trafia, to też żadna pociecha dla rodziców, czy zaskoczonej pani obok, wycierającej ze swej białej koszuli ślady po czerwonych buraczkach.

Jeśli to my jesteśmy przepraszającymi wszystkich dookoła za wszystko i chcącymi zdematerializować się, roztrzęsionymi i spoconymi rodzicami, to już od dłuższej chwili żałujemy, że Pan Bóg nie pokarał nas bezpłodnością. Jeśli nie, to mamy pecha, że jesteśmy tu, w tej samej przestrzeni i w tym samym czasie. Pocieszamy się jedynie, że nasz baran z matematyki jest już w liceum i nie afiszuje się ze „starymi” w miejscach publicznych. Jeśli jesteśmy kelnerem feralnego stolika, to przeklinamy w skrytości, że mogliśmy przecież zostać np. korespondentem wojennym.

Lecz, o dziwo, może być inaczej. Będąc w ostatni weekend klientem lokalu na świeżym powietrzu, zauważyłem, że są rodzice wychowujący dzieci bezstresowo. To znaczy tak, że dziecko ich nie stresuje. Wiodący prym w towarzystwie Tatuś, wyraźnie już po wielu kolejkach, zaanektował słup parasola „tyskich” jako przyrząd służący do przyjmowania pozycji pionowej, ewentualnie potem do siadania. A Mamusia, śmiejąca się coraz głośniej z każdym kolejnym piwem, odpowiadała przyplątywującemu się cyklicznie co pół godziny maluchowi, że „zaraz, za 5 minut wracamy”…