strona główna > Felietony > Zjeżone myśli > Na blacie
autor: Marian Jeżewski
data publikacji: 2006-05-14
Zobacz także...
Mężczyzna spał i sprawiał wrażenie, że sen to największy skarb jego życia. Blat pod policzkiem wydawał się być puchowym jaśkiem. Nikomu by nie przeszkadzał, gdyby na swoje legowisko nie wybrał największego stołu w lokalu. Wreszcie wesoła kompania obsiadła go dookoła. Obudził się, gdy wychodzili. Byli na tyle uprzejmi, że podziękowali mu za towarzystwo. Konwenanse, to dla niego nic nowego – odkłonił się w pożegnaniu, patrząc na rozbawione obce twarze całkiem już trzeźwym wzrokiem.
Szkoda, że nie ocknął się trochę wcześniej, poznałby nowych przyjaciół. Był sam i pozostał sam. A może wcale nie szukał towarzystwa? Usiadł przy barze i uniósł swoje szczęście, które czekało schłodzone w kuflu...
W knajpie można być samemu lub z ekipą – jemu udało się połączyć obie ewentualności w jedno. Zdarza się być w gronie znajomych tylko ciałem – myśli krążą gdzie indziej. Czasem ktoś to zdemaskuje i trzeba się głupio tłumaczyć z braku imprezowej więzi. Ponuracy winni pozostać w domu razem ze swoim ponuractwem. Mężczyzna z naszej historyjki dokonał rzeczy niemożliwej, sprawił swoją obecnością radość innym, zupełnie się w to nie angażując. Zdaje się, że może często przesadzamy ze swoim zaangażowaniem, silimy się na dowcip, próbujemy rozkręcać coś, co z natury swej okazuje się nierozkręcalne. Dla dobrego samopoczucia innych gotowiśmy zawisnąć z pętelką na szyi. A i jeszcze wtedy ktoś stwierdzi, że jakoś tak nieciekawie dyndamy, lub na tę okazję mogliśmy ubrać się inaczej, albo, że Józek zrobił to ostatnio zdecydowanie lepiej. Parafrazując „Epokę lodowcową”, najbardziej pogiętym stadem na ziemi jest rodzaj ludzki.
Lokal, będąc miejscem publicznym i rozrywkowym zarazem, przyciąga przeróżne indywidua do siebie. Bądź to w celu znalezienia miłości, bądź kolegi do piwa, lub ucieczki przed miłością czy jakimkolwiek koleżeństwem. Centrum dyspozycyjne to konfesjonał barmana. On to, niczym gąbka, pochłania nadmiar przeżyć wylewający się z roztrzęsionych dusz. Musi być wytrzymały i taktowny, chyba, że spływa to po nim, jak pianka po brodzie. Nie wiedzieć dlaczego właśnie tutaj, a nie w domowym zaciszu, czy na łonie przyrody, ludziska napadane są przez myśli wyższych lotów. Czy to są refleksje nad sensem istnienia, czy to rachunek sumienia, czy też może analiza potrzeb i rozczarowań. Wydaje się, że jedną z najbardziej popularnych kwestii jest właśnie nasze rozgoryczenie nad niezrealizowanymi oczekiwaniami. Zamartwiamy się, że coś nie poszło po naszej myśli. Dlaczego? Przecież miało być tak pięknie! Przecież zrobiłem wszystko, co trzeba, a nawet jeszcze więcej! Przecież ja go kocham, a on tego nie zrobił, a ja tak na to liczyłam! A te dzieci, jakie one są niewdzięczne! Żona mnie rzuciła i to dla kogo, przecież to kawał chama, myślałem, że ma lepszy gust. Co to za przyjaciel, nie widzi, że oczekuję od niego pomocy? A ona, jak mogła się tak zachować, to nie w porządku w stosunku do mnie, ja na jej miejscu zachowałabym się zupełnie inaczej!...
Czyż nie lepiej nie oczekiwać zbyt wiele od losu? Nie narażamy wtedy własnego ego na zawód. Może położyć wybujałe ambicje policzkiem na blacie i nie oglądać się na innych? Bo ile, tak naprawdę, potrzeba nam do szczęścia? Dokładnie tyle, ile potrzeba nam naprawdę.
Na górze pokaż: najstarszy | najnowszy
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
01.
dodano: 09:24, 28.05.2006
Niestety! Zazwyczaj robimy mniej niż powinniśmy, mniej niż należy. Rozluźniony procentami rozum próbuje się usprawiedliwić. Szanować trzeba wszystkich - nawet tych ,,,śpiących, blędnych rycerzy,, z odciśniętym jaśkiem na twarzy. Do kończ nigdy nic nie wiadomo. Może jednak się mylę... Gratuluję dobrego tekstu!
03.
dodano: 12:33, 23.05.2006
Kiedyś usłyszałam, że człowiek jest tyle wart, ile po nim pozostanie. Bo jeżeli człowiek umiera, a wraz z nim pamięć o nim samym... po co wiódł żywot na tym padole? I nie mam tu na myśli bynajmniej wartości materialnych, lecz spuściznę pozostawioną w ludzkich serach i pamięci.
W ostatnich miesiącach odeszło od nas wielu wspaniałych, wielkich ludzi... ksiądz Twardowski, Stanisław Lem, a dzisiaj do tego grona dołączył Kazimierz Górski... Żal, pustka, ale pamięć o Nich sprawia, że pomimo, że odeszli z tego świata, są żywi w naszych sercach, myślach, wspomnieniach.
Ile też jest wart człowiek, który żyje szaro, nijak, nie wytycza sobie kolejnych celów? Tak, ważne jest, aby mierzyć siły na zamiary, ważne, aby uparcie podążać swoją ścieżką i aby mieć marzenia.
Weekend spędziłam w Krakowie; nie dla przyjemności, z powodu awarii samochodu raczej. Nie mając innego wyboru, sobotni wieczór spędziłam w pewnym małym klubie jazzowym na Kazimierzu. Kelner wskazał mi stolik w kącie sali – nie wiem, czy wywnioskował to po mojej minie, że tego wieczoru nie łaknę towarzystwa, czy to po prostu był jeden z nielicznych wolnych? Nie mniej jednak, byłam mu za to wdzięczna. Usiadłam pod ścianą, kelner dyskretnie zaproponował drinka ( skąd się domyślił, że nie pijam piwa? nie wiem). Z głośników sączyła się muzyka, dźwięk saksofonu, niczym balsam pieścił duszę, powoli czułam dobroczynne działanie błękitnego napoju. Wcześniej, próbowałam się dodzwonić do kogoś, kto mieszka w Krakowie i od jakiegoś czasu zajmował moje myśli… bezskutecznie – pewnie inaczej zaplanował wieczór. Tak, że pozostał mi obcy pub, jazz i błękitny drink ( zaproponowany przez kelnera).
Siedziałam więc wciśnięta kąt, prawie niewidoczna dla tłumu, sama mogąc obserwować wchodzących gości. Po drugim drinku mimowolnie uruchomił się kanał wspomnień i dokonań mojego życia. Kilka miesięcy temu, jak grom z jasnego nieba spadł na mnie awans. Wiedziałam, że to nastąpi, prędzej, czy później. Nastąpiło jednak wcześniej. Prestiżowe stanowisko, pensja na odpowiednim poziomie, samochód służbowy. Wielka radość moja i najbliższych. Mniejsza - znajomych. Ktoś poprosił o protekcję, o miejsce pracy dla znajomego – odmówiłam, znając kwalifikacje poleconej osoby. Posądzono mnie o zarozumialstwo i bezduszność…
Zmienił się mój czas pracy, doszły wyjazdy – narodził się chaos, z którym powoli daję sobie radę. Doszły spotkania, obiady i kolacje z ważnymi osobami, poczułam na sobie, co znaczy biznes przez duże „B”. Równocześnie jednak zaczęli odchodzić dawni znajomi – ponoć stałam się ważna, zimna, nieczuła na ludzkie problemy… A ja tylko musiałam przejąć wraz ze stanowiskiem odpowiedzialność za poczynania swoje i firmy… Tego nikt nie rozumie.
Siedziałam więc sama, w lokalu, który tak naprawdę zgromadził radosnych, beztrosko bawiących się ludzi, nikt mnie nie zauważał, poza kelnerem, który czujnie i dyskretnie zarazem, doglądał mojej szklanki. Nie przyszłam tu, aby uciec przed towarzystwem, nie topiłam smutków w Błękitnej Lagunie, ani nie użalałam się nad swoim losem nieudacznika. Wybrałam to miejsce, aby incognito uczcić swój triumf, swój awans i wytłumaczyć sobie, jak to jest mi dobrze, jak daleko zaszłam i jak wiele osób chciałoby być teraz na moim miejscu…
A to, że odchodzą ludzie, którzy kiedyś oferowali przyjaźń i pomoc, że ktoś, na kim mi tak bardzo zależało, nagle, bez podania przyczyny zamilkł, że w życiu tak naprawdę liczy się tylko tu i teraz… czy aby punkt widzenia, nie zależy od punktu siedzenia? Czy te ambicje, które posiadałam, nie były dobre w oczach innych, tylko do momentu ich spełnienia? Dlaczego inni patrzą na nas wilkiem, kiedy potrafimy osiągać ustanowione cele? Odpowiedzi na te pytania nie zrodziły się nawet wtedy, kiedy umysł mój już zupełnie zatonął w Błękitnej Lagunie.
Na drugi dzień, kiedy przeciągałam się w hotelowym łóżku, kiedy wspominałam swoje rozważania, upewniłam się jedynie w tym, że człowiek potrzebuje do szczęścia tylko tyle, ile sobie wymarzy. Każde inne rozwiązanie, będzie tylko półśrodkiem. Marzenia można zmieniać, można dostosowywać je do realiów otaczającego świata, ale nie wolno z nich rezygnować. Bo człowiek bez marzeń, to jak ptak bez skrzydeł, zepchnięty ze skały…
04.
05.
06.
07.
strona 1 / 1 | < pierwsza | poprzednia | 1 | następna | ostatnia >
Twórcy serwisu zastrzegają sobie prawa do usunięcia wpisów:
- niezgodnych z przepisami prawa, dobrymi obyczajami lub naruszających dobra osobiste osób trzecich;
- niezgodnych z tematyką wortalu;
- nie związanych z komentowaną treścią;
- obraźliwych dla redakcji wortalu oraz pod adresem konkretnej restauracji, jej właściciela i pracowników, a także innych
członków społeczności wortalu;
- spamu, linków do innych stron internetowych w tym również konkurencyjnych, jak również jakichkolwiek innych treści w
każdej formie, nie związanych z tematyką wortalu;
- zawierających wulgaryzmy.
Wszelkie komentarze i opinie użytkowników wortalu zamieszczone na stronie wortalu www.nawidlecu.pl
stanowią własność ich autorów i właściciel wortalu www.nawidlecu.pl nie ponosi odpowiedzialności za te komentarze i opnie,
a także nie może być z nimi utożsamiany. W związku z powyższym wszelkie roszczenia związane z zamieszczonymi komentarzami
lub opiniami mogą być kierowane wyłącznie i bezpośrednio do użytkownika wortalu, który zamieścił dany komentarz lub opinię.

Alkohole
Czytelnicy piszą
Dla ciekawych świata
Dookoła stołu
Działo się
Felietony
In vino veritas
Książka kucharska
Recenzje
Rozmowy przy stole
To ci historia!
Vademecum smakosza
W kuchni i na stole
Warto wiedzieć
nasi partnerzy:
copyright © 2004 - 2010 nawidelcu.pl.
wszystkie prawa zastrzeżone. all rights reserved.
portale internetowe | cms | pozycjonowanie
projekt i wykonanie portalu: cyberstudio