strona główna > Felietony > Notatki na obrusie > Uwaga: menejdżer!

Uwaga: menejdżer!

drukuj

|

A A A

|

RSS

autor: Jarosław Gibas

data publikacji: 2007-02-12

data aktualizacji: 2008-06-07

 



Zobacz także...

Odniesienie sukcesu jest najtrudniejsze wówczas, kiedy obok kręci się jakiś ekspert przekonujący wszystkich dookoła, że coś nie jest możliwe! Czasem warto poświęcić duże pieniądze, żeby się przestał kręcić...

Obecnie jeszcze w wielu przypadkach mszczą się na biznesie lata 90., w których absolwent technikum ogrodniczego o specjalności zraszacz, tudzież lakiernik samochodowy, myślał, że może np. prowadzić z powodzeniem restaurację. I w takich wypadkach potrzebny jest ekspert (czytaj: absolwent szkoły wyższej, w nazwie której ilość spółgłosek stawia ją najwyżej w rankingach - SGWSHRTW), który wie wszystko lepiej. Od receptury sushi, przez półprzewodnikową wyższość złącza p-n-p, nad n-p-n, aż do marketingowej struktury poziomej zarządzanej wykresami Gantta! To jasne, że po jakimś czasie okaże się, że nie wiedział nawet tego. Ale co zarobił, przyciął, zachachmęcił, przyorał, zakasował w tym czasie to jego!

Ekspert nie byłby ekspertem, gdyby nie miał pomysłów. I w tej materii podstawowym „rzutem na taśmę“ eksperta werbalizowanym właścicielowi jest hasło: "Ja wiem lepiej". Ten czyn bezczelny jest w marketingowym świecie stawiany wyżej, niż giełdowy numer: postaw pan na PKO, bo przecież tam najpewniej obstawi się Kazimierz. A to imię oznacza koniunkturę szybszą, niż jakiś tam Nikodem! Jest zatem co obstawiać!

Niestety, redukując te wywody do jednego, konkretnego lokalu musimy uchylić czoła menejdżerowi, bowiem wie więcej - z racji pozycji, przywilejów i w ogóle. Z racji, że racja jest nie po naszej stronie.
A teraz przełożenie powyższych wywodów na sytuację dnia codziennego: otóż znalazłem okazję, by wydać trochę pieniędzy (niedużo, bo jestem skąpy, ale zawsze) w celu upamiętnienia sytuacji, w której można śmiało powiedzieć, że inżynier Karwowski jest jednak ode mnie starszy mentalnie.
Hm.. niby wiek ten sam... ale Marka i Jagodę wydziedziczyłbym od razu, a co do Magdy pozwólcie mi się zastanowić.
Wracając do sytuacji - przychodzimy w ośmiu do pubu, w którym poza alkoholem serwują także niezłe menu. Jednak dowiadujemy się (mniej więcej po którymś tam piwie), że tutaj dzisiaj niczego nie zjemy...

Jest kilku misiów na tym padole, którzy taką wiadomość zdzierżyliby bez drgnienia powieki: (wymieniam w porządku alfabetycznym - Satya Say Baba, Carlos Castaneda, Juddy Krishnamurtii, Shree Ramana Maharishii, Anthony de Mello, Baghwan Shree Raineesh i nasz redakcyjny kolega Marian Jeżewski).
Ja, niestety, nie zniosłem informacji o braku jedzenia i bezczelnie zapytałem, gdzie leży przyczyna naszego nieszczęścia? Otóż właściwie nie wiadomo. Ot, żarcia nie ma i już. No to ja (bo złośliwie nigdy nie daję za wygraną) pytam: a o czyją zgodę powinniśmy poprosić, żeby w spokoju sumienia zamówić pizzę? - Menadżerki - odpowiedział barman szczęśliwy, że to nie on musi odejmować decyzję. Po chwili przekazano nam decyzję menejdżerki - nie ma zamawiania niczego, czego nie ma (proroctwo Kononowicza, czy cóś?). Znaczy się: albo pijeta u nas i nie jeta, albo spierniczajta. Do czego posłusznie się zastosowaliśmy.

A morał jest taki... Właściwie nie ma morału poza tym, że odniesienie sukcesu jest najtrudniejsze wówczas, kiedy obok kręci się jakiś ekspert przekonujący wszystkich do okoła, że coś nie jest możliwe! Czasem warto poświęcić duże pieniądze, żeby się przestał kręcić...




nasi partnerzy:


copyright © 2004 - 2010 nawidelcu.pl. wszystkie prawa zastrzeżone. all rights reserved.
portale internetowe | cms | pozycjonowanie
projekt i wykonanie portalu: cyberstudio