|
Anna Kierzek
|
wysłano: 2006-04-15 23:04:25
Tak, zaczęło się. Miało być pięknie, jak co roku, "święta jajkowe" miały być znów radosne, pogodne i ... pełne jajek. A tu wyskoczyli z jakąś ptasią grypą - firmy farmaceutyczne wykryły tego potężnego potwora, nadały mu odpowiedni rozgłos i już drżymy jak osika na wietrze. Jakoś w tym krzyku ostrzeżeń gubi sie informacja, że tłumy nie chorują na ptasią zarazę, jakoś w Europie przypadków śmiertelnych nie stwierdzono... Ale drżyjmy, bójmy się - ktoś musi napędzać koło fortuny producentów szczepionek:)
Tak, czy inaczej, ptaki i jajka mogliśmy kupić w zaniżonych cenach przed tymi Świętami ( nawet jajka - niespodzianki były tańsze:))
W pełni podzielam więc rozpacz taksówkarza - bo przecież czy może być coś wspanialszego, niż jajeczko, najlepiej dwa na miękko? Tak obrane, ze skorupek, wrzucone do miseczki, posiekane łyżeczką, z odrobiną majonezu ? I zanurzasz sobie łyżeczkę z namaszczeniem w te jajka, żółtko cudownie lepi się do łyżeczki, oblizujesz z lubością... niam.
Kiedy pod koniec 2000 roku nagłośniono informację nt epidemii BSE zwanej popularnie chorobą szalonych krów, my w panice porzucaliśmy pyszną i zdrową polędwicę wołową – a broń cię Panie Boże średnio wysmażoną taką różowiutką!!! Ceny oczywiście spadały na łeb i szyję, zajadaliśmy się wtedy ptakami i wieprzowinką ( to nic, że mięso wieprzowe nie należy do dietetycznych).
Oczywiście – dietetycy krzyknęli wtedy chórem ( i chwała im za to), że pora przypomnieć sobie o najwartościowszym mięsie – rybach. Nie trwała długo nasza radość, bo nagle okazało się że król rybnych półmisków – łosoś norweski, ten hodowlany jest „nośnikiem” związków rakotwórczych. Czyż nie dramat?
Tak się ostatnio złożyło, że miałam przyjemność gościć na targach SPA &WELLNESS w stolicy. Oczywiście, poza urządzeniami służącymi pielęgnacji naszego ciała i umysłu popis swojej wiedzy i umiejętności dawali także powszechnie znani i cenieni Mistrzowie Patelni. W pierwszym dniu targów min. Pan Robert Sowa ( Kuchni hotelu Jan III Sobieski założyciel elitarnego Klubu Kuchni)), raczył odwiedzających gości targów nie czym innym jak... łososiem i sałatką z melonów – miód dla podniebienia, delikatne płaty łososia, pieczone w konwekcji, bez dodatku tłuszczu, do tego sałatka z trzech rodzajów melona....
Drugi dzień, poza atrakcjami dla mojego ciała ( a poddałam się egzotycznemu masażowi pleców) i umysłu ( dałam się wprowadzić w stan alfa, dzięki Kołysce Alfa), z wielkim zaciekawieniem udałam się na stoisko kulinarne, gdzie ku mojej uciesze spotkałam Mirka Drewniaka i Wiesława Bobera ( obaj Panowie są członkami Klubu Kuchni), a tam – o zgrozo! Panowie podają kurczaka w imbirze, oraz filety z kurczaka na jarzynach!
Pytam więc zatrwożona – „ Mireczku, czy Ty mnie uśmiercić chcesz tymi ptakami?” . Jego uśmiech mi wystarczył. Poprosiłam więc sporą porcję ptaka, blanszowanych warzyw i kromeczkę pieczywa ( oczywiście pełnoziarnistego). Zasiadłam do stolika z Tomaszem Stockingerem, który z lubością delektował się polędwicą średnio wypieczoną.
Ot, tyle to rozmyślań Panie Jarosławie. Wiem, ze jutro z rana na moim stole zagoszczą jajeczka, w dużej ilości, na obiad nie zabraknie polędwicy w sosie borowikowym, a do kolacji koniecznie podam łososia pieczonego na grillu. I z lubością będę się delektować tymi smakołykami, jak co roku.
Pozdrawiam świątecznie.
|